Ewolucja obrzędu – teoria własna.

Do tego artykułu zbierałem się dość długo. Głównie dlatego, by mieć czas omówić moje przemyślenia na temat obrzędowości z jak największą ilością osób, których opinie były w moim mniemaniu istotne dla tej sprawy. Z godzin dyskusji i wymiany myśli, mieszania się punktów widzenia, światopoglądów, a nawet religii, wyłoniła mi się następująca teoria:
Obrzędowość pogańska, zachowując swoją pierwotną duchowość i swobodę jej  wyrażania, może ewoluować i rozwijać się, wykorzystując współczesne kody kulturowe, by przekazywać swoje wartości współczesnemu odbiorcy.

A teraz z polskiego na nasze.
Od kilku lat trwa prawdziwy bum, by nie powiedzieć moda na rodzimowierstwo, pogaństwo lub inne ruchy religijno- filozoficzne, czerpiące z dorobku kultury skandynawskiej i słowiańskiej okresu VII-XI wieku. Patrząc na sinusoidę zmian epok, można by przedstawić teorię, że oto po okresie sięgającym dwudziestolecia międzywojennego, w którym rządził rozum, mamy właśnie przełom i początek okresu ducha. Dlatego też, na wzór ducha poprzednich epok, sięgamy do odległego okresu naszej historii poszukując tam pierwotnej, nieskodyfikowanej energii i mądrości, utożsamiając ją z bliskością nie tylko Absolutu, ale i wszelkich jego bezpośrednich dzieł. Tym samym stawiamy samych siebie w roli obudowanych naleciałościami kultury i cywilizacji istot, na wpół dzikich, a na wpół świętych, które -gdy odkryją pełnię swojej historii, dziedzictwa i pochodzenia- odrzucą sztuczną maskę współczesności i powstaną do wielkości, niczym przebudzone ze snu anioły. W średniowieczu tak samo traktowano starożytną Grecję, romantyzm odwoływał się do średniowiecznych tradycji boskiej sprawiedliwości i kary.
Czy zatem dziś szukamy czystości, wolności i potęgi w legendarnych Słowianach i Skandynawach? Tym zapewne zajmą się lepsi ode mnie kulturoznawcy i historycy, ale świadomość życia na przełomie tylu różnych epok i zmian cywilizacyjnych, jest dla mnie osobiście fascynująca. Co to jednak ma wspólnego z przedstawioną teorią? Otóż ma pokazać, że ruch pogański z jakim mamy do czynienia nie jest czymś niezwykłym i wpisuje się w rytm przemian kulturowych i cywilizacyjnych. Nie jest to ani przejaw schyłku naszego świata, ani wynik przełomowych odkryć archeologicznych, które miałyby ukazać geniusz naszych przodków. To naturalna przemiana będąca skutkiem rozwoju. Rozwoju, któremu chciałbym poddać również sam obrządek pogański.
Czy symbole istniejące tysiąc lat temu mają dziś taką samą moc? To pytanie odnosi się nie tylko do symboli sprzed tysięcy lat, ale też do tych, które jeszcze niedawno niosły ze sobą przesłanie inne niż obecnie. Oczywiście, najbardziej jaskrawym przykładem jest tu swastyka występująca w latach trzydziestych na tatrzańskich odznaczeniach, a w latach 50-tych palona i znienawidzona. Jednak poza skrajnymi przykładami są jeszcze inne symbole. Wielkanocne jaja, będące obecnie znakiem nowego życia i odrodzonego Chrystusa, w X wieku znaczyły odradzającego się Swarożyca lub wracającego Jaryłę.  Palenie i święcenie ognia w obrzęd Wielkiej Soboty może mieć swoje źródło w ogniskach Sobótki. W końcu również miejsce przy stole zostawiane dziś dla zbłąkanego wędrowca, pierwotnie czekało na Welesa lub domowe Biesy. W tych przypadkach symbol został zachowany- zmieniła się jedynie jego interpretacja.
Przykładem odwrotnym niech będzie obrzęd zakładzin. Stawiając nowy dom zakopywano pod progiem rzeczy mające dać temu miejscu ochronę, a mieszkańcom pomyślność, nadając domostwu odpowiednią duchową podstawę. Dziś w tym samym celu wmurowuje się kamień węgielny. Cel pozostał niezmienny, a ewoluowała forma jego wyrażania. Tradycje i obrzędy ewoluują cały czas, a ich rdzeń może pod inną postacią funkcjonować dziś w naszej codzienności, z czego nawet nie zdajemy sobie sprawy. I tu przechodzimy do kolejnej istotnej kwestii. Co jest w naszym otoczeniu pozostałościami słowiańskich tradycji, a co naleciałościami?
Źródeł historycznych na temat słowiańskich obrzędów nie ma. I na tym w sumie można by zakończyć ten temat. Trudnością jest nawet znalezienie informacji, jak wiedza Słowian była gromadzona. Czy były to gliniane tabliczki, zapisane runami skóry, czy może drewniane deseczki. Osławiona Księga Welesa była ponoć zapisana na cienkich i wąskich kawałkach drewna spiętych ze sobą na jednym końcu. Niestety, jak każde kontrowersyjne i tajemnicze źródło wiedzy, zaginęły, a dostępne są jedynie ich przepisane wersje. Również kroniki nie dają nam żadnego obrazu obrzędów, ani też tropów, gdzie takich źródeł szukać. Kroniki rodzime -opisujące żywoty czy konflikty- były pisane po pierwsze pod dyktando zleceniodawcy, często przez osobę niebędącą naocznym świadkiem i skupiały się na głównym bohaterze, a po drugie – przez panującą wiarę chrześcijańską i nie zajmowały się obrządkami pogan. Natomiast relacje podróżników, jak np. sławny przekaz Abu Ali Ahmeda Ibn Rosteha opisują wygląd, zwyczaje i relacje z mieszkańcami środkowej Europy.  Jednak głównie z punktu widzenia obcokrajowca i do tego skupiając się na tych elementach, które będą przydatne kolejnym wyprawom kupieckim. Ewentualne źródła materialne zostały (według obecnej wiedzy) zniszczone lub zagubione. Symbolem naszej niewiedzy historycznej o Słowianach z pierwszego tysiąclecia naszej ery niech będzie popielnica z Białej. Do dziś nie jesteśmy pewni co do znaczenia umieszczonych tam symboli i rysunków, choć mówimy tu o kulturze, która poprzez miejsce bytowania jest naszym bezpośrednim przodkiem. Nie mamy za to problemów z odróżnieniem symboli Ra od Seta mimo, że od kultury doliny Nilu dzielą nas 4 tysiące lat i 5 tysięcy kilometrów. Zawierucha historyczna, zwalczanie pogaństwa, brak przywiązywania wagi do pamiątek przeszłości dały swój efekt w obecnym poruszaniu się po omacku w kwestii zarówno obrzędowości, jak i sporej części tradycji.  Pojawiające się w XIX i XX wieku zrywy naukowe, mające na celu spisanie i sklasyfikowanie słowiańskiego dorobku kulturowego pozwoliły na zachowanie takich nazw jak Mokosz, Weles, Gątyna, Kącina, Leszy, Domowy. W tym samym duchu powstawały dzieła literackie, czerpiące z kultury słowiańskiej, jak „Dziady” Mickiewicza, czy inne utwory romantyzmu. Jednak sen z powiek profesorów zawsze spędzał fakt, iż słowiańskiej mitologii nie można zamknąć w ramy sztywnej klasyfikacji.
Z tego powodu znaleźć można wiele opracowań traktujących o tym, skąd pochodzą słowiańscy bogowie. Kto był czyim synem, a czyją żoną. Lecz jedna taka praca może się różnić od drugiej, tak jak opis mitologii Greków i Japończyków. Dopiero od lat 80. XX wieku zaczęto głośno mówić w środowisku archeologów i historyków, że religia  Słowian nie była jednolita, a podstawy wierzeń mogły się od siebie diametralnie różnić już na obszarze jednego plemienia. System ten pozwalał żyć w zgodnie dwóm sąsiadującym ze sobą osadom, gdzie w jednej oddawano cześć głównie Trygławowi, a w drugiej Świętowitowi. Można więc wysnuć z tego wniosek, że religia słowiańska nie była ani opresyjna w zakresie swojej mitologii, ani ortodoksyjna w swoim obrządku. Pewne prawa oraz ogólny zarys teologiczny na pewno miały punkty wspólne na całym obszarze tej kultury, jednak obecna wiedza podsuwa nam obraz bardzo indywidualnego podejścia Słowian do swoich wierzeń, połączonego z głębokim przeświadczeniem o współistnieniu ze światem duchowym.
Biorąc pod uwagę powyższe rozważania i płynące z nich wnioski, skłaniam się ku potwierdzeniu początkowej teorii. Ponieważ żaden z obecnie odprawianych, czy odtwarzanych obrzędów nie jest ugruntowany w źródłach historycznych,  każdy sprawujący obrzęd kapłan powinien prowadzić go w oparciu o duchowość swoją, jak i uczestników. A posługiwanie się kodami kulturowymi niefunkcjonującymi w naszej codzienności, może zacierać intencję obrzędu. Jestem zdania, że przygotowując obrzęd nie należy za wszelką cenę dążyć do upodobnienia jego przebiegu do obrzędów sprzed tysiąca lat. Darujmy sobie patetyczny ton i archaizowane słownictwo. Skupmy się na wprowadzeniu uczestników w stan pozwalający odczuć tą szczególną więź z przodkami, z własnymi biesami i z otaczającym światem. Twórzmy obrzędy zbiorowe, ale też indywidualne, które można będzie odprawiać samodzielnie w swoim domu, w swoim szczególnym miejscu, w swojej prywatnej kącinie. Nie bójmy się budować obrzędowości na własnej intuicji. Zawsze, gdy ktoś pyta mnie co oznacza jakiś sen, wizja czy niepokojąca go sytuacja, odpowiadam : “A jak ty myślisz?”. Uważam bowiem, że duchowość i relacje z siłami wyższymi zawsze należy zaczynać i kończyć na indywidualnej relacji człowieka i Bogów. Bo nikt poza Tobą samym nie odpowiada za Twoją duszę i nikt poza Tobą nie jest winien jej zła, i nikt poza Tobą nie może przypisać sobie jej dobra. Zatem nikt poza Tobą nie powinien decydować, co jest dobre, a co złe. Tak, by na końcu z podniesioną głową, móc wziąć pełną odpowiedzialność za każdy pojedynczy czyn.
Miałem jeszcze jeden powód do napisania tego artykułu. Jak zapewne wiecie, śledząc wpisy na naszej stronie, mamy projekt związany z obrzędami i muzyką obrzędową. W ramach niego przygotowujemy obrzęd Dziadów, który odbędzie się w Centrum Słowian i Wikingów w Wolinie. Otóż będzie to mój pierwszy obrzęd w całości przygotowany przeze mnie, bez posługiwania się źródłami historycznymi czy tradycjami zachowanymi w różnych regionach. Będzie to wyraz mojej duchowości, przeplatany muzyką szykowaną specjalnie do tego rytuału. Całość ma w moim zamiarze oddać ducha tradycji wspominania przodków. Pomagają mi przy tym wspaniali i utalentowani ludzie. Zatem jeśli chcecie wziąć udział w tym wydarzeniu – zapraszamy Was 26.10.2019r. do wolińskiej kąciny.
Bogi z Wami, Dobrzy Ludzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *