Wolińska Kupała – Obrzęd wypalony muzyką

Wszystkie Bogi, Wszelkie Bogi
Wszelkie życie drogie
Dziś Kupałę odprawiamy
Miejsce dla was mamy
!

Rozpalanie ognia Kupalnego pracą ludzkich rąk.

Wieczór jest ciepły i jasny. Słońce stoi wysoko mimo późnej godziny. Kapłan stojący w kącinie przywitał zebranych ludzi. Tym, którzy zjawili się pod bronią nakazuje przewiązać rękojeści krajką lub rzemieniem, by żaden nie odważył się w tę noc dobyć miecza, noża czy topora. Potem nastaje cisza. Wyczekiwanie. W dzisiejszym świecie, gdzie zewsząd otacza Cię jakiś dźwięk, szum samochodów na ulicy, dzwonki telefonów, odgłos rozmów czy jednostajne pracującej klimatyzacji, nagle wszystko wokół Ciebie milknie. W uszach gra Ci jedynie lekki wiatr. Kilkadziesiąt metrów od Ciebie rzeka gładko obmywa nabrzeże i kołysze łodziami. W całym grodzie wygaszono ognie- w kuchni, w warsztacie kowala i we wszystkich chatach. Stoisz pośród setki osób i panuje cisza.

Młody chłopak wchodzi do kąciny i nadal w całkowitym milczeniu klęka przy stalowej tacy. Słyszysz pierwszy dźwięk. Klik, klik. Dwa uderzenia kowalskim krzesiwem wystarczą mu, żeby odpalić hubkę. Ogień pochodzący z pracy ludzkich rąk. Tak nakazuje tradycja i obyczaj. Kilka chwil, kilka ruchów i pojawia się płomień. Maleńki, trzymany na garści słomy i kilku szczapkach. Płonie tuż pod rzeźbą Boga o Czterech Twarzach. Kapłan odpala od niego maleńkie pochodnie i niesie je do dwóch przygotowanych ognisk. Jest cicho. Dobiega do Twoich uszu dźwięk strzelających, żywicznych szczapek, potem stłumiony huk coraz większych płomieni. W końcu dociera do Ciebie narastający śpiew i wtórujące mu ledwo słyszalne instrumenty. Nie ma w nim słów; to jakby śpiew samych płomieni. Niesie w sobie opowieść o tysiącach lat i tysiącach takich ognisk. Opowiada o Swarożycu rosnącym w siłę, od małej iskry na kowalskim krzemieniu, do płomienia chroniącego całe narody. W śpiewie nie pada żadne słowo, choć treści wypełniają je po brzegi. I Ty słyszysz w nim historię przodków zebranych pod starymi dębami, w świętych gajach. Masz przed oczami setki pokoleń oddających cześć Bogom i tym siłom, które dziś zagłuszasz dźwiękami samochodu, telefonu, klimatyzacji. Tym siłom, które teraz do Ciebie mówią: Oto my byliśmy, jesteśmy i będziemy.

Kapłan ciska w płomienie bursztynowy pył, a śpiew nagle się urywa. Jakbyś obserwował widok za oknem, które ktoś zatrzasnął. Chciałbyś jeszcze patrzeć i odkrywasz, że to wszystko co masz na co dzień wokół siebie, zasłania i zagłusza tę tajemnicę, tę więź z siłami, o których wiesz, że istnieją, ale które pomijałeś w codziennym biegu. Tymczasem kapłan mówi o Bogach. Składa im ofiary za pomyślność i dziękuje za poprzedni rok. Wzywa ich z imienia, przydomka. Mówi coś o ich zasługach i czynach. Kiedyś będziesz musiał zgłębić ten temat. Kapłan błogosławi zebranym. Życzy im pomyślności i szczęścia. Nazywa wszystkich Dobrymi Ludźmi. To takie proste i takie złożone zarazem. Ktoś mówi Ci, że jesteś Dobrym Człowiekiem i nie interesuje go Twoja przeszłość, status materialny, praca, plany na przyszłość. Mówi Ci, że dziś jest Święto Kupały, święto wszystkiego co żyje na niebie wysoko, na ziemi nisko i pod ziemią głęboko i że skoro tu jesteś, by wspólnie świętować, to dla niego jesteś Dobrym Człowiekiem. Bierzesz garść ziarna i wrzucasz w duży wieniec ustawiony na progu świątyni. Kapłan mówi Ci, byś złożył tę ofiarę za swoją sprawę. Za co chcesz złożyć? Nie wiesz? Może za przodków…

Trzech mężczyzn odpala od uświęconego ognia pochodnie. Muzyka zagłusza Twoje myśli. Kapłan krzyczy: “Chodźcie! Roznieśmy po naszych domach święty płomień! Niech nam Bogi będą radzi!” Idziesz za tłumem, a ten przed każdą chatą się zatrzymuje, a pochodnie w środku podpalają stosy w paleniskach. „Sława temu domostwu” krzyczą, a wszyscy odkrzykują „Sława!” Muzyka Cię porywa. Jest w niej coś, co każe Ci biec za pochodniami. Co powoduje, że chcesz coraz głośniej krzyczeć “Sława!” Coś, co wyrywa Ci się z piersi, jakby obudziło się po długim śnie, i teraz musiało się wybiegać. Docieracie nad brzeg rzeki. Dziewczęta rzucają do wody wianki z kwiatów i ziół. Tradycyjny symbol. Nieodłączny element Kupały. Kto dziś wierzy w te obrzędy? Z tyłu gdzieś wybucha muzyczna bomba. Porywa Cię niemal do skoku. Bo czemu nie? I widzisz jak co chwilę, bardziej lub mniej ubrani, ludzie skaczą do wody. Płyną, łapią wianki i wracają. Mokrzy od stóp do głów, z ociekającym wodą wieńcem, wpadają w ramiona swoich żon, dziewczyn. Widzisz kliku rekonstruktorów, ale i turystów. Jakiś facet koło czterdziestki, jeszcze sprawdza czy na pewno nie ma telefonu w kieszeni, i już jest po szyję w wodzie. Kilka ruchów rękami i wianek jego towarzyszki znów jest na brzegu. Jedni klaszczą, inni krzyczą znów „Sława!”, jeszcze inni wybijają rytm okalającej wszystko muzyki.

Kapłan woła wszystkich na polanę, by ustawili się wokół stosu drewna. I znów zapada cisza. Trzech mężczyzn staje przed linią ludzi. Powoli, w rytm bębna, podchodzą z trzech stron i podpalają stos. Wybijanie kroków zamienia się w miarowy puls. Słyszysz inne instrumenty. I znów ten śpiew bez słów. Ale tym razem nie on opowiada historię. Jest jedynie ramą, w którą muzycy wkładają słowa modlitwy:

Welesie, Welesie
Ofiary składamy
Dla spokoju żywych
Strzeż Ty Nawi bramy

Perunie, Perunie
Ojcze gromowładny
Siłą naszej woli
Gniew Twój przebłagajmy

Mokoszy, Mokoszy
Matko wszego życia
Daj nam żywej wody
Szczodrze do wypicia

Swarożycu, Swarożycu
Ognisty dziedzicu
Postać Twa płomienna
Lecz siła niezmienna …

Modlitwa trwa. W Twoich uszach przeplatają się słowa pieśni, melodia instrumentów i głos kobiety. Patrzysz w płomienie, wyższe już od dorosłego człowieka, ale Twoje oczy widzą opisywanych Bogów. Ich wyniosłe postacie. Piękne szaty, długie brody i tę siłę płynącą z ich twarzy. Modlitwa wymienia kolejne imiona, nazwy, które może kiedyś słyszałeś przez zgiełk codzienności, teraz stają obok Ciebie. Strzyga, Chmurnik, Leszy, Marzanna, Buba.

Bęben przyśpiesza. Nawet nie wiesz, kiedy Twoje nogi zaczęły drgać w rytm muzyki. Coś z tyłu pleców jakby pchało Cię do przodu. Znów chce się wyrwać, chce biec, chce skakać, chce się radować. A modlitwa zaprasza Cię do tego.


Przybywajcie, Przybywajcie
Do stołów siadajcie
W tańcu, w ogniu, w świętym śpiewie
Z Nami się spotkajcie

,
Kapłan znów rzuca w ogień bursztynowy pył. Płomienie buchają na dobre trzy metry. Zaprasza wszystkich do wspólnej zabawy. Mówi, że dziś przy ogniu spotykają się ludzie i duchy, Biesy i Bogowie, by wspólnie świętować. Ognisko ma dobre półtora metra, a płomienie sięgają jeszcze wyżej. Bije od niego żar. Ale Twoje uszy wypełnia muzyka. Ostre dźwięki i szybki rytm. Bum, bum, bum. Twoje serce zaczyna bić zgodnie z tętnem bębna. Nagle z płomieni wystrzela jakaś postać. To pierwszy odważny przeskakuje przez ogień. Rzuca się do przodu i robi przewrót zaraz za płomieniami. Bum, bum, bum, nie słyszysz już nic poza muzyką. Twoje myśli tkwią teraz w ogniu. W tym samym ogniu, który płonął na ogniskach przodków. Przy których się zbierali, modlili, śpiewali i grali. Jeden moment, jedno spięcie mięśni. W końcu to, co przez cały obrzęd rosło w Tobie, w końcu zaczyna krzyczeć z radości. Rozbieg, skok. Huk płomieni miesza się z muzyką, serce na chwilę zamiera, gdy przelatujesz nad rozżarzonym stosem. I już jesteś po drugiej stronie. Oszołomiony i szczęśliwy jak nie byłeś dawno. Otacza Cię muzyka i ludzie. Czujesz opalone włosy i zapach płonących szczap. I już sam z siebie, wraz z duchami przodków, których ręce czujesz na swoich ramionach, krzyczysz: ,,Sława!”

W ostatni weekend w wielu miejscach w Polsce, ale i poza jej granicami, odbywały się obchody Kupały. O samym obrzędzie możecie przeczytać na naszej stronie. Ale tu chciałbym poruszyć coś, co często się pomija lub traktuje po macoszemu. Mam tu na myśli muzykę. Najczęściej w trakcie sprawowanych obrzędów można usłyszeć jedynie głos Kapłanki lub Kapłana. To on prowadzi modlitwy, składa obiatę i tłumaczy zebranym, po co się zebrali. W części przypadków można też usłyszeć mniej lub bardziej pasujące utwory z klimatu muzyki folkowej. Najrzadziej spotkać można wykonywanie muzyki na żywo. Dlatego też, podejmując się przygotowania obrzędu Kupały na Wolińskim skansenie, rozważałem różne powyższe warianty. Nie przypuszczałem jednak, że w ciągu tych sześciu miesięcy, które dzieliły mnie wtedy od letniego przesilenia, moje Biesy postawią na mojej drodze ludzi, którzy wyniosą ten obrzęd na wyżyny duchowego przeżycia.

Damian „Bard” Dziaczyński
-“Muzyka podczas świąt, czy towarzyszących im obrzędów powinna być wszechobecna. Mam nadzieję, że nasi przodkowie uważali podobnie. Noc Kupały była dawniej naprawdę wielkim wydarzeniem i każdy muzyk zapewne chciał w nim uczestniczyć, dodać od siebie to, co może i najlepiej jak może. Wiązało się to oczywiście z odpowiednimi przygotowaniami, ćwiczeniami, często ciężką pracą. Całe to przedsięwzięcie nie szło jednak na marne, chodziło przecież o przychylność bogów. Tworząc muzykę chciałem poczuć to od podszewki. To wszystko, co mogło towarzyszyć artystom od dawien dawna, by ostatecznie poczuć i spróbować odtworzyć cały klimat sytuacji, a do tego zaszczepić go ludziom dookoła mnie.”

Z Bardem robiłem wywiad nie tak dawno temu. A poznaliśmy się bliżej, gdy zaczepił mnie na którymś wyjeździe. Interesowały go źródła i przekazy na temat muzyki obrzędowej z VIII- X w. A ponieważ nie słyszałem o żadnym tysiącletnim winylu z taką tematyką, rozpoczęliśmy długą rozmowę o tym, jak taka muzyka mogłaby wyglądać czy brzmieć. Ta dyskusja była początkiem ciekawej współpracy, w której przewijały się tematy muzyki etnicznej, ludowej, budowa instrumentów, oddziaływanie dźwięków i znaczenie poszczególnych typów instrumentów. Bard od samego początku mówił, że chce spróbować stworzyć muzykę do konkretnego obrzędu. Zaplanować poszczególne elementy i oddać ducha rytuału. Porwać ludzi i wprowadzić ich w trans, by pełniej poczuli to, co się przed nimi dzieje. I nie wiem, czy udałoby mu się dopiąć ten projekt, gdyby nie kolejne zrządzenie opatrzności (z którego bądź kościoła).

Agnieszka Michałowska.
-” Trzeba mieć świadomość, że nie da się odtworzyć kropka w kropkę obrzędu, a tym bardziej muzyki, jaka towarzyszyła słowiańskim obrzędom. W gruncie rzeczy myślę, że to dobrze. Zanurzeni w zupełnie innym kontekście kulturowym, nigdy nie przeżyjemy obrzędów tak samo jak oni. Ale skoro pociąga nas kultura naszych przodków, to nie może być przypadek. Odtwarzając muzykę dawną, mamy to szczęście, że nie jesteśmy pozostawieni całkowicie bez mapy. Archeologia daje nam trochę narzędzi w postaci znalezisk instrumentów, rekonstrukcji rytuałów, inne elementy dokładamy sami. Zgodnie z tym, jakie emocje próbujemy powołać do życia. W tym wszystkim chodzi o spotkanie, również ze samym sobą. Pewnie dlatego tak bardzo kocham to, co robię. Bo takiej muzyki nie da się powielać. Taką muzykę tworzy się wciąż i wciąż na nowo. Zawsze w kontekście. I mówię tu o muzyce ducha: formach improwizowanych, towarzyszących śpiewnym modlitwom, delikatnym dźwiękom strunowych instrumentów wspieranych przez bęben, subtelnym dźwiękom wytwarzanym z żywych instrumentów, jakimi może być przesypujące się ziarno, czy uderzające o siebie muszelki. I choć wydawać by się mogło inaczej, to nie są proste rzeczy. Bo chcąc dotrzeć do duszy innego człowieka, i wnieść do niej dobro, samemu trzeba się oczyścić. Zanurzyć w pełni w cały proces wyrazu. Zaś w przypadku kilkorga muzyków, trzeba się jeszcze dotrzeć, wypośrodkowując swoje muzyczne zapędy.
Taką muzykę trzeba czuć, nim opuści twoje struny, nim przecieknie pod palcami twoich dłoni lub wybrzmi wraz z wypuszczonym powietrzem, tak samo jak towarzyszy, którzy tworzą ją wraz z Tobą. Wtedy rodzi się magia.

W zasadzie sam nie wiem, kiedy Agnieszka pojawiła się w naszej ekipie. Ale pewny jestem, że i jej i nasze Biesy od razu się polubiły. Agnieszka, obdarzona niesamowitym głosem i umiejętnością śpiewu białego, które poza tradycyjnymi technikami łączy z doświadczeniem śpiewu operowego, idealnie wpasowała się w ten projekt, a jej ogromna charyzma pchnęła go do przodu z podwójną siłą. Dzięki jej uporowi i ogromnym talentom muzycznym cały pomysł zaczął nabierać fizycznych kształtów. Nie pozwalała na bylejakość i “jakośtobędzizm”. Wymagała, by każdy element był przemyślany i dopracowany i nie przepuściła żadnej okazji, by wytknąć błędy.

Jednym słowem ten duet stworzył razem najpiękniejszą oprawę muzyczną obrzędu, jaką byłem zaszczycony usłyszeć.

Oczywiście nie można zapomnieć o wsparciu, jakie otrzymali od wyjątkowych przyjaciół i gości Wolina:
Dobromir Marcin Strzelczyk z jego całym kramem instrumentów i dudami, w które dął niestrudzenie oraz fletami i piszczałkami i giterną.
Michał Edan Lipiński ze swoim medieval drum, piszczałką, gwizdkami, trombitą i niespożytą energią.
Drużynom Jarnvidr, Dęby, Gryfy, Króczy Gród i oczywiście całej załodze Centrum Słowian i Wikingów w Wolinie.
Cały obrzęd natomiast prowadził Wołch Domicjan Maraszkiewicz.
I po trzykroć Sława im za to.

Tym artykułem liczę na to, że wraz z rozwojem ruchu rekonstrukcyjnego, jego oddolnymi inicjatywami i pasją, jaką mają ludzie tworzący go, rozwinie się też sfera muzyki. I nie mam tu na myśli muzyki popularnej czerpiącej z tradycji folklorystycznych, której jest obecnie mnogo w każdym gatunku. Chodzi mi o muzykę tworzoną na żywo, oddającą ducha chwili. Taką, o jakiej mówiła Agnieszka, której nie da się powielić, bo pochodzi bezpośrednio z energii ludzi zebranych w danym miejscu i z energii danej chwili. Zaklętą w tym momencie, który jeszcze przez tygodnie przeżywa się wewnętrznie i rozpamiętuje każdy dźwięk i każdą sekundę obrzędu. I takich właśnie obrzędów obfitujących w chwile, dźwięki i przeżycia życzę Wam wszystkim. Sława Wam, Dobrzy Ludzie.

Kolejnym projektem na jaki się porwiemy będą Dziady.

Dla ciekawych:
Wywiad z Bardem
Pełna galeria zdjęć z Kupały na Wolinie
Obrzęd Kupały
Pieśń Kąciny – modlitwa z obrzędu

Instrumenty użyte w czasie obrzędu:
lutnia, jouhikko, giterna, trombita, dudy, fujary, bębny, grzechotki, rainstic, bodhran.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *